Pożar dogasał. &#160 Miller zwrócił się ku oficerom, a w oczach jego malowało się zdziwienie wraz z zabobonnym przestrachem.



Ale co by tam Szwedów na strażach pomarzło, to by pomarzło... &#160 - Słyszę, miłościwy panie - odparł młody magnat. &#160 - Nam w racje starszych nie wchodzić, jeno słuchać! &#160 - Tobie nie wchodzić, panie Michale, ale nie mnie, bo mnie połowa dawnego radziwiłłowskiego wojska regimentarzem wybrała i byłbym już za dziesiątą granicę Carolusa Gustawa wyżenął, gdyby nie ona nieszczęsna modestia, która mi kazała buławę panu Sapieże w ręce włożyć.


&#160 - Sam! - rzekł stary zacierając ręce. Od jakże to dawna wojenny proceder praktykujesz? Gdzieś się przedtem popisywał? &#160 Przelotny rumieniec zabarwił bladą twarz pana Kmicica. &#160 Brzask oświecił na murach twarze zmęczone, blade, bezsenne, ale ożywione gorączką. &#160 - Tak jest! Przeżegnałem się... Ten wśród powszechnego zdumienia zachęcał zakonników, żeby ludziom plugawym świętego miejsca nie poddawali, utrzymując z pewnością, iż Szwedzi wkrótce z hańbą i upokorzeniem ustąpią. W dwóch rzeczywiście błyszczały światełka; więc pan Kmicic zamieniwszy parę słów z Czarnieckim rzekł: &#160 - Pójdę ja naprzód do tych, którzy nie śpią... Ksiądz Kordecki stawiał jej czoło z niepohamowaną energią, ale zdrowie jego poczęło szwankować. Zamknięto ich wreszcie w stodole, drżących od zimna, sponiewieranych; naokoło zaś stanęły straże z muszkietami. Jeśli tak, to Miller musi odstąpić. Toż gdy w rusznicy śniegiem się rura zapchnie, już ją przy strzale impet rozsadzi. Wielu nie chciało wierzyć, aby jakikolwiek nieprzyjaciel śmiał targnąć się na Jasną Górę. Za każdym ukazaniem się królewskim krzyk się czynił pomiędzy tłumami, a tłumów nigdy nie brakło. Ci pobili strażników i odwiązali mnie od belki. &#160 - O jakich proroctwach wasza mość mówisz? - spytał wreszcie starostę, bo milczenie jeszcze wydało mu się straszniejsze. Ten w razie potrzeby zakasywał chętnie habitu i działo rychtował, a z kul przelatujących nie więcej sobie robił od starego wachmistrza Soroki. Ej, miłościwy panie! już by tych szczerb, które na mojej skórze przyschły, i na wołowej nie zliczyć. - Bóg miłosierny!... &#160 "Ej, ty moja niebogo! - pomyślał - żebyś choć wiedziała, że ja już u Najświętszej Panny na ordynansie, w jej obronie się tym nieprzyjaciołom oponuję, którym ku swojemu umartwieniu służyłem dawniej... Sapieha, nierównie gorszy wódz, bił go wprawdzie w polu, resztki chorągwi go opuszczały, lecz krzepił się myślą, że lada dzień nadciągnie mu w pomoc Bogusław.